top of page

Czemu jeszcze nie odszedłem z Poczty

  • powiedzaaaaa
  • 28 kwi 2019
  • 5 minut(y) czytania

No i cóż, szansy sobie nie dałem - wypowiedzenia z roboty nie złożyłem, więc poprzedni wpis można do koszy wyrzucić.


Od prawie dwóch miesięcy rozważam we łbie jasne i ciemne strony roboty na poczcie i jedynie półmrok widzę. Z daleka wszystko jest czarne bądź białe, więc dla postronnych widzów wykształciuch robiący za listonosza to jakiś upadek i ludzie stukają się w głowę, gdy słyszą, gdzie pracuję. Ja jednak znam tę robotę z bliska i nic nie jest dla mnie oczywiste.


Co mnie trzyma na poczcie:

 1. Money. Pensja, obrywki, zwrot za paliwo (in plus), 13-tka, premie po ok. 300 zł na Wielkanoc i BN. Zapewne do jakiej roboty nie pójdę rzucą mi najniższą krajową albo nieco ponad i skończę z 1500 zł w ręce, przy dobrym wietrze wyciągnę 2 tysie. Jeśli robota będzie oddalona od chaty o 20-30 km, z 2 kawałków zostanie 1600, a reszta pójdzie na paliwo. I to drugi plus.  2. Odległość. Bliska odległość to oszczędność czasu i pieniędzy. Pocztę mam oddaloną 6 km od domu, dojeżdżam tam w mniej niż 10 minut, co dla mnie jest bardzo ważne, bo nie uśmiecha mi się tracić 8 h w pracy i dodatkowych 1,5 h na dojazdy. 10 minut po zamknięciu drzwi urzędu włączam telewizor.  3. Swoboda. Tym słowem określam fakt, że nikt mi nie stoi nad głową. Cenię sobie to, że po 2 godzinach spędzonych w urzędzie, trzaskam drzwiami i wychodzę z budynku. Choć dopiero po wyjściu z niego zaczynam prawdziwą pracę, to w pewnym sensie czuję się wolnym. Nikt mnie nie pilnuje, nie patrzy na ręce, nie zagląda do mnie, nie może skontrolować - jestem w swoim samochodzie, w którym czuję się jak w domu, gdzie mogę piernąć, beknąć i słuchać swojej muzyki zamiast Radia Złote Przeboje.  4. Wolne soboty i niedziele. Większość społeczeństwa pracuje u prywaciarzy i prócz 5 dni tygodnia musi pojawić się w robocie jeszcze w soboty, choćby na 4h. Współczuję. Przeglądając oferty pracy, od razu odrzucam takie z pracującymi sobotami. To nie dla mnie.  5. Pewność zachowania posady. Poczta mnie nigdy nie zwolni. Musiałbym postawić swojego pracodawcę pod ścianą, np. okraść albo zabić kogoś, żeby mnie zwolniono. Poczta cierpi na notoryczny brak rąk do pracy, więc nawet moje chamskie zachowanie w stosunku do przełożonych, pisanie do związków zawodowych albo, jak ostatnio, nonszalanckie proszenie się o zwolnienie, nie powoduje owego zwolnienia. Jednym słowem - poczty nie stać na utratę doświadczonego pracownika, jakim by on chujem nie był.  6. Prostota obowiązków. 50% roboty listonosza polega na zbieraniu autografów. Lubię robotę, która nie wymaga zbytniego myślenia. Ilekroć słyszę o stanowiskach polegających na pisaniu jakichś pierdół w oparciu o punkty, paragrafy, ustawy i inne nudne świstki, to rzygać mi się chce. 

Więcej plusów ta robota nie posiada. Dalej są już tyko minusy często powiązane z w/w plusami:

 1. Wieczny wyzysk. Poczta to nie spacerek z listami, tylko zapierdol na tyle duży, by 60% nowo przyjętych rzucała tę robotę w ciągu miesiąca. Wiecie ile razy widziałem, jak kto zjeżdża z rejonu, rzuca pojemniki pełne listów na podłogę i krzyczy "pierdolę taką robotę, już tu więcej nie przyjdę", po czym wychodzi i nie wraca? Na poczcie zawsze brakuje rąk do pracy, znalezienie nowych, którzy nie uciekną zajmuje cała lata, więc zawsze ci obecni robią za nieobecnych. W moim przypadku tak robota za siebie i innych trwała niemal 4 lata bez przerwy. Mówię "trwała", bo od 2 tygodni, właśnie teraz, gdy miałem się zwalniać, dano nam człowieka, który robi już z pół roku, daje sobie radę, nie ucieka i dzięki niemu robię tylko swoją robotę. Ruszyły zakłady, jak długo to potrwa - w końcu idzie zima, a wraz z nią pół urzędu pójdzie na chorobowe, nastąpią przesunięcia jak na szachownicy i wrócimy do normy.  2. Traktowanie pracowników jak śmieci. To wiąże się z powyższym - na poczcie pracownik jest wołem roboczym, który ma sobie poradzić robiąc nawet za trzech, jak trzeba. Nikt nie wie, jak on ma to zrobić, ale też nikogo to nie obchodzi. Jesteś sam, radź sobie, chuju, a jak się nie podoba, to "Biedronki czekają", jak stwierdził dyrektor.  3. Wieczny brak dobrej organizacji pracy, chaos i burdel, który doprowadza wszystkich do szału i niemalże uniemożliwia efektywną pracę. Nie dość, że masz robić za dwóch, to jeszcze ci utrudniają tę robotę, jak tylko mogą - wciąż jednak oczekując efektów. U was jest tak samo? Takiego burdelu nie widzieliście, zaręczam.  4. Powiązane z powyższymi stres i presja czasu. Listonosz ma robotę, która powinna być zrobiona na już, na teraz, a niestety nigdy nie jest. Taki ciągły pęd, gdy masz zbyt mało czasu, a zbyt wiele roboty jest wkurwiający, lekko mówiąc.  5. Urlopy, których wybranie graniczy z cudem. Za miesiąc na kalendarzu pojawi się rok 2018, a na poczcie jest jeszcze cała masa ludzi z zaległymi urlopami z 2016. Ja z roku obecnego wybrałem dopiero 2 dni, bo wpierw nie było jak, później wybierałem 2016... i jak zwykle jestem o rok do tyłu, a jak już będę mógł owy urlop wybrać, to w terminie odpowiadającym przełożonym i kompletnie nieprzewidywalnym, do tego stopnia, że zaplanować jakieś wczasy z wyprzedzeniem większym niż tydzień jest niemożliwością.  6. Praca na zewnątrz. Deszcz, śnieg, mróz, upał. Robiąc w czwartek rejon w tym jebanym śniegu, zadawałem sobie pytanie "czy chcę przepracować kolejne 32 lata na dworze, w takich warunkach, skoro mógłbym robić w ciepłym pomieszczeniu, ubrany w jakieś schludne ciuchy, a nie ubłocone buciory"?   7. Używanie własnego samochodu do celów służbowych, co wiąże się z większymi kosztami utrzymania niż przy normalnej exploatacji.  8. Kompletny brak prestiżu. Listonosz to człowiek kojarzący się społeczeństwu z jakimś osiłkiem, półgłówkiem bądź pierdołą ubraną jak "półtora nieszczęścia", w sprane spodnie i wyblakłe koszulki ze zbyt krótkimi rękawami, pchającą stary, pordzewiały rower. Listonosz to koniec łańcucha pokarmowego, robol od dźwigania makulatury. Odpowiedzcie sobie, drogie panie, na pytanie "czy chciałabym spotykać się z listonoszem"? 90% z was pogardzi taką ofertą. Słaba partia. Ot, cały prestiż zawodu.  9. Moje wykształcenie. Gdybym nie skończył tych jebanych studiów, to nie miałbym wyrzutów sumienia, że pracuję na poczcie. Niestety skończyłem ten jebany UŁ i teraz, pracując z ludźmi, z których duża część nie ma nawet matury, często myślę o tym, "co ja tu, kurwa, robię?", bo przecież mógłbym znaleźć lepszą posadę, umysłową, nie fizyczną; mógłbym stać się członkiem tej pierdolonej klasy średniej, która myśli, że jest lepsza od listonosza, bo nie pracuje w kurtce, tylko koszuli, przy biurku i komputerze, parząc herbatki 10 razy dziennie i pierdoląc nudne żarty z Iwonką, Krysią i Anetą, co nawet niezłą dupę ma. Jest taki urząd gminy, w którym listy podpisuje mi pizduś, którego kojarzę z korytarzy uniwersytetu - najbardziej zniwieściały człowiek, jakie widziałem, zbyt homo nawet na homo. Ilekroć prosze go o podpis, myślę sobie "ta pizda jest urzędnikiem, a ja jestem listonoszem". Daje mu kartę do podpisu, a on podpisuje w zwolnionym tempie, jak to urzędnik - w końcu wszystko trzeba rozcciiiąąąągnąąąąćć w czaaaaasssiiiiieeeee, by szef nie zobaczył, że mógłby zwolnić połowę, a efektywność by nie spadła. Moje wykształcenie jest mi kulą u nogi, przypominającą, że mógłbym więcej.


Jak wspomniałem, wypowiedzenia nie złożyłem. Waham się cholernie. W ostatnim dniu listopada, tknęło mnie, pojechałem na urząd o 14:30, by mimo wszystkich wątpliwości złożyć ten świstek, ale przełożonej już nie było. Może w tym miesiącu...



powiedzaaaaa, niedziela, 03 grudnia 2017

 
 
 

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
Muszę zapamiętać:

Jeśli czujesz się samotny, jedź spotkać się z rodziną - szybko najdzie cię ochota na bycie samotnym. powiedzaaaaa, poniedziałek, 1...

 
 
 

Comments


© 2023 by Make Some Noise.

Proudly created with Wix.com

Subskrybuj, jeśli masz nudne życie

albo lubisz czytać o jeszcze bardziej nudnym

Zajebiście, udało ci się...

bottom of page