top of page

O moim dawnym koledze.

  • powiedzaaaaa
  • 27 kwi 2019
  • 4 minut(y) czytania

Stoją dwa pizdusie na udeptanej ziemi, pośród blokowiska z wielkiej płyty, w roku 1994, w rękach trzymają obrazki z Jezusem Chrystusem, oprawione w ramkę. W domach mają Amigę 600 i Pegasusa, na ścianach Terminatora i Guns N Roses z Axl'em w obcisłych, czerwonych gaciach i kraciastej koszuli.

Trochę rozwala mnie fakt, że bossem polskich dopalaczy, o którym mowa była w ostatnim Superwizjerze jest mój wieloletni, najlepszy kolega z dzieciństwa, z którym mieszkałem w jednej klatce, chodziłem do i wracałem razem ze szkoły; z którym uczęszczałem do jednej klasy i przesiedziałem 8 lat w szkolnej ławce; od którego zrzynałem na matematyce i którego zawsze wybierałem na W-Fie jako pierwszego do swojej drużyny, choć w piłkę grać nie potrafił; z którym krzywiliśmy swoje kręgosłupy, leżąc na korytarzu pod ścianą, bo ławek przecież nie było; z którym robiliśmy typowe dla tego wieku jaja; z którym pierwszy raz w życiu paliłem trawkę nieopodal bloku; z którym jeździłem na deskorolce; oglądałem oryginalną "Epidemię" na VHSie - on miał film, ja miałem video; z którym mam wspólne zdjęcie z komunii świętej, jak stoimy przed blokiem odjebani w garniturki, przy czym on, w całkowicie białym, jak anioł jakiś. Nawet buty ma tam białe.

Najbardziej rozwala mnie przemiana, jakiej ten chłopak doznał w 7-ej klasie. Do wakacji 1998 roku, był, można by rzec, kujonem, ale nie popychadłem. Miał w szkole same 5-tki i 6-tki, a na koniec roku zawsze dyplom z czerwonym paskiem i wyróżnieniem dyrektora. W piłkę nie grał, nie wychodził zbyt często na podwórko, chodził za to na dodatkowe lekcje angielskiego, judo, tańców towarzyskich - trofea z tych ostatnich miał ustawione na regale. Matka go zapisywała na takie rzeczy i to pewnie matka nie pozwalała mu wychodzić na osiedle. Owych wakacji, ja wyprowadziłem się z bloku przy ul. Podleśnej, a jak się miało okazać, wkrótce na osiedlu pojawiły się narkotyki. I to w hurtowych ilościach. Po owych wakacjach, wróciliśmy do szkoły i szybko wyszło na jaw, że  i ja z bratem i on przesłuchaliśmy niedawno "Skandal" Molesty. A stąd już krok do palenia trawy. Jako że na osiedlu było jej pod dostatkiem, mieliśmy skąd ją kupić. I od tej pory kolega mój zaczął wyrastać z wizerunku dobrego chłopca, a zaczął być hustlerem, jak się to mówi na zachodzie. Wkrótce mógł ci załatwić dopiero co wchodzące przecież do użycia, kradzione telefony komórkowe po okazyjnej cenie, jakieś gazy łzawiące, co kolegom w ręce wpadło... w tym trawę. W końcu pewien miejscowy diler o fajnej, królewskiej ksywie, był świadkiem na jego bierzmowaniu. Tamte wakacje zmieniły nas wszystkich, ale jego najbardziej.

Od tej pory bowiem było w nim coś niepokojącego. Gdy akurat handlował paralizatorami, tak bardzo był ciekaw ich działania, że kazał się nim porazić... Moja ciekawość nie sięgała aż tak daleko i patrzyłem na to z lekkim niedowierzaniem. Trochę mi to przypomina postać Paca w filmie "Juice". Zawsze zdawało mi się, że to rodzaj osobistego odwetu za wszelkie manipulacje jego osobą, jakich dopuszczała się jego matka, wysyłając go na te wszystkie, debilne zajęcia pozalekcyjne, nie pozwalając mu tym samym na zwykłe panoszenie się po osiedlu z rówieśnikami; że oto teraz dorósł i zerwie wszystkie zakazane owoce. Ale to tylko moja, pewnie chybiona teoria. Pamiętam, jak hodował zioło na parapecie i spryskiwał je domestosem, "bo będzie mocniejsze", zaś matce, nie głupiej przecież kobiecie, wmówił, że owe drzewko produkuje dużo tlenu dla mózgu i dzięki temu będzie się lepiej uczył...

Wraz z ukończeniem podstawówki, zmianą szkół, środowiska i moim życiem na wypizdowie, było nam już do siebie za daleko. Od tamtej pory widziałem się z nim raptem kilka razy. Raz ja stałem na scenie, a on ze swoją świtą bawił w tłumie, no dobra, tłumiku. Pod koniec szkoły średniej mówił mi, że nie idzie na studia, bo nie liczy się dyplom, tylko łeb do interesów. Wkrótce potem miał jakiś salon z telefonami komórkowymi, jeszcze później sklep z piecami CO. Kombinował, jak skręcić milion. I wykombinował. Szkoda, że nasze drogi się rozeszły, bo gdybyśmy po dziś dzień byli sobie tak bliscy, jak wtedy, to nie byłbym teraz listonoszem, tylko milionerem, spakowałbym walizki i spierdolił gdzieś na koniec świata pod palmy, opieprzać się na plaży, sączyć drinki i użalać na sobą, że życie bogatego jest taaakie nudne. Bo bankowo te lody kręcilibyśmy we dwóch.

Później kolega stał się miejską legendą, o której każdy coś słyszał. Że ma kilka domów, sejf pełen pieniędzy; że myszy mu zjadły z milion złotych... Słyszałem o nim z ust znajomych, z prasy, z telewizji, od znajomego listonosza, który obsługuje jego adres, od żony pabianickiego policjanta, który tropi kolegę od lat, ale prawo wiąże mu ręce. Każdy coś wie. Gdyby kolega mój poszedł śladem wielkich gangsterów i zaczął wspomagać potrzebujących pabianiczan pieniędzmi, miałby tu prywatne miasto.

Raczej wiadome jest, że ta jego odyseja prędzej czy później skończy się za kratkami, ale póki co, wiedzie życie milionera, jakiego nie zazna nikt z nas.

Nie uważam, by robił coś złego. Każdy wie czym są dopalacze i jeśli ktoś jest na tyle głupi, by je zażywać, to robi to na własną odpowiedzialność. Nie można winić sprzedawcy trutki na szczury, że ktoś chce ją jeść i od tego się przekręci. Ja, co powtarzam od lat, jestem za legalizacją wszelkich narkotyków, w tym również dopalaczy - kto chce ćpać i zdychać, niech sobie to robi, bo kim ja jestem by mu tego zabraniać? Jest wolnym, podobno, człowiekiem - władza nie powinna chronić jego życia wbrew jego woli, tak jak nie powinna mi wystawiać 100 zł mandatu za brak zapiętych pasów, bo będąc wolnym, podobno, człowiekiem powinienem mieć prawo do decydowania o tym, czy w razie wypadku chcę wylecieć przez szybę i zginąć czy nie.

- A co jeśli twoje dziecko weźmie dopalacz?

Od tego ma rodzica, by już we wczesnym wieku wytłumaczył mu co jest czym i czego się do gęby nie bierze. Jeśli umiesz wytłumaczyć dziecku, by nie piło Domestosu spod umywalki, to na pewno będziesz umiał wytłumaczyć mu czym są dopalacze i przekonać go, by nigdy ich z nikim nie palił, choćby ktoś mu je proponował. Czy ktoś zakazuje sprzedaży żyletek, dlatego że nastolatki ze złamanym sercem podcinają sobie nimi żyły? Czy ktoś zakazuje sprzedaży wódki, choć codziennie setki ludzi w Polsce zapijają się nią na śmierć? Czemu inaczej miałoby być z dopalaczami czy narkotykami?

Tak mi się przypomniało:




powiedzaaaaa, sobota, 28 listopada 2015

 
 
 

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
Muszę zapamiętać:

Jeśli czujesz się samotny, jedź spotkać się z rodziną - szybko najdzie cię ochota na bycie samotnym. powiedzaaaaa, poniedziałek, 1...

 
 
 

Comments


© 2023 by Make Some Noise.

Proudly created with Wix.com

Subskrybuj, jeśli masz nudne życie

albo lubisz czytać o jeszcze bardziej nudnym

Zajebiście, udało ci się...

bottom of page