top of page

Ogólnie o j. koreańskim

  • powiedzaaaaa
  • 28 kwi 2019
  • 5 minut(y) czytania

Po 8 miesiącach nauki koreańskiego wciąż jest w tym języku sporo rzeczy, które wprawiają mnie w zdumienie. No bo w jakim innym języku macie aż 8 sposobów na powiedzenie zwykłego JA - w polskim jedno jedyne JA. W koreańskim, ja, świeżak jeszcze, naliczyć mogę: Jeoneun, krótsza wersja Jeon, krótsza Jeo, do tego Jaega, do tego bardziej pospolite Naneun, krótsze Nan, jeszcze krótsze Na plus dodatkowo Naega. 8 sposobów. Co prawda, -ga i -neun to sufiksy zaznaczające podmiot, ale obcokrajowca taka różnica wprowadza w konsternację, bo przecież teoretycznie jedna głoska, litera więcej może oznaczać już zupełnie inne słowo, wyraz. 


A czasowniki? I tu jest pies pogrzebany. Koreański ma kilka (conajmniej 4, nie licząc slangu i pewnie jeszcze czegoś) stopnie formalności języka i ze względu na te stopnie, połowę słów możesz przedstawić na kilka sposobów, bo tak jak w polskim nie będziesz z prezydentem gadał, tylko rozmawiał, tak w koreańskim niemal wszystko będziesz mówił inaczej w zależności od tego, z kim rozmawiasz, jaka jest między wami różnica wieku, jakie macie stosunki czy jakim szacunkiem chcesz tego kogoś obdarzyć. Znane mi warianty zwykłego, polskiego "zrobiłem", to haetta, haesso, haesseoyo, haessumnida. Po głowie chodzą mi jeszcze wersje hayotta i hayotsseumnida, ale coś mi mówi, że to będzie przeszły ciągły czyli robiłem... Ech, czemu ja jeszcze nie jestem pewien tych różnic? Dodam tylko, że formalność języka to na tyle ważna sprawa, że ludzie poznając siebie, pytają o swój wiek, by wiedzieć, jakim słownictwem operować we wzajemnych rozmowach. Bo jeśli jesteś rok młodszy ode mnie, to nie waż się mówić do mnie bez końcówki -yo. Trochę szacunku!


Do tego ogromna ilość synonimów. Po polsku "słońce" to słońce i nic innego. Koreański ma aż 3 słowa na słońce - "il", "taeyang" i "hae". A słowo "dzień" - "il", "nal", haru" - znowu aż 3 wersje, w tym ponownie "il". I tak niemal z każdym słowem. Różnice między nimi prawdopodobnie są na tyle śliskie jak między polskimi synonimami. Czy obcokrajowiec jest w stanie faktycznie poczuć tę subtelność różnicy jak między słowami "dziwka i "kurwa"? Ślisko, nieprawdaż? Niby to samo, ale...


Ciekawe jest czasem również występowanie osobnych słów na zjawiska, które u nas nie doczekały się swoich własnych nazw i które w j. polskim się opisuje, np. drzewo to "namu", ale drzewa stojące przy drodze to już "garosu" - u nas to tylko "drzewa stojące przy drodze" bądź wzdłuż drogi; temperatura to "ondo", jednak temp. powietrza to już "gion", a temp. ciała to "cheon". Dla osoby uczącej się języka, ta mnogość słów to istny koszmar, bo jeśli myślisz, że znając słowa "temperatura" (ondo) i ciało (mom), wiesz jak powiedzieć "temp. ciała", to jesteś w błędzie.


A co rozwala bodaj najbardziej? Dwa systemy numeryczne, z których każdy używany jest w różnych sytuacjach, w zależności od tego, o czym mówimy, co liczymy, itd. Więc, gdy ktoś spyta o godzinę, to których cyfr użyć? Godzina 12:12 używa dwóch dwunastek, ale każda z nich pochodzi z innego sytemu - godziny podajemy jednym systemem, minuty drugim. A więc godzina dwunasta to yohldul si (si - godzina), ale dwanaście minut to sibi bun (bun - minut). Niesamowite, co? Złożyłem sobie dzisiaj zdanie "Schudłem 10 kilo"... tylko nie wiedziałem, którym systemem powiedzieć 10... Którego używamy do kilogramów?


Dodajcie do tego coś, co po angielsku (w końcu k. uczę się po ang.) określa się mianem "counters", w tłumaczeniu na polski powiedzmy, że byłyby to "liczniki". Te liczniki to słowa dodawane do liczebników i rzeczy, których ilość owe liczebniki określają. Chodzi o to, że zamiast powiedzieć "3 szczeniaki" - "se (3) ganaji (szczeniaki)", mówisz "ganaji se mari". Oprócz odwrócenia szyku wyrazów dodajesz owe słowo "mari", które służy do liczenia zwierząt. I co w tym nadzwyczajnego? Ano to, że tych liczników jest całkiem sporo, w tym niekiedy dość absurdalnych z polskiego punktu widzenia, bo do liczenia, np. ilości książek i czasopism, ubrań, butów, drzew, kwiatów, maszyn i urządzeń, posiłków, listów, numerów pokojów czy... worków ryżu, długopisów i ołówków. Chciałoby się zapytać "po kiego grzyba"?


Nie wspomniałem jeszcze o tym, że koreański ma składnie podobną do j. niemieckiego (podobno - nie znam szwabskiego), gdzie czasownik znajduje się na końcu zdania. Dla Polaka znającego angielski to spore utrudnienie, bo nagle "ja kupiłem..." zamienia się w "ja, w sklepie, o 2 w nocy. z babką i ciotką, 2 kilo ziemniaków i butelkę wody... kupiłem". Po polsku to brzmi łatwo, ale słuchając obcego języka zastanawiacie się... kiedy tu się coś wydarzy w tym natłoku podmiotów i przedmiotów? Sklepy, ludze, godziny, kilogramy, ziemniaki, wody... ale co????? Zjedli, kupili czy oglądali, no co???? Cały czas cierpię na brak informacji. Nie mogli tego zrobić po kolei? Ala ma kota, a nie Ala kota ma. Frustrujące - jjajungne!


Ucząc się tego wszystkiego, rozumiem jak wielkim osiągnięciem jest nauczenie się języka polskiego, gdzie każde słowo w każdym zdaniu wygląda inaczej, a byle pojedynczy czasownik, jedno słowo zawiera w sobie całą masę informacji, bo przecież takie "ugotowałam" informuje, kto, co i kiedy zrobił - taki angielski nie uwzględni płci, koreański też nie. Dostrzegam również jak bardzo łatwym, wręcz prymitywnym (choć funkcjonalnym) jest j. angielski, gdzie czasowniki są bezpłciowe, a każdy rzeczownik typu car (samochód) jest zawsze taki sam, czy byś ten car kupował, sprzedawał, jeździł nim, mówił o nim, malował go czy tylko gapił się na niego. To zawsze jest car - samochód, a nie samochodowi, samochodzie, samochodami, samochodach... Wystarczy poznać koniugację czasowników przez kilka czasów... Do tego całe setki słów, których nie trzeba się uczyć, bo przecież brzmią niemal tak samo jak w j. polskim - te wszystkie -ation typu information (informacja), reservation (rezerwacja) i inne, gdzie wystarczy zamienić końcówkę. Takich słów w angielskim są całe setki. Nie musisz się ich uczyć, domyślisz się, że "population" to "populacja". W koreańskim takich ułatwień nie ma. Jedyne słowe, jakie poznałem przez 8 miesięcy nauki, którego znaczenia mógłbyś się domyśleć, to "kayak". Cała reszta to cing ciong, nigga.


Być może ktoś spyta o pisownie krzaków. Łatwizna. Serio. Nauczyłem się tego w zasadzie mimochodem. Co prawda prędkość mojego czytania przypomina prędkość z jaką moja 7-letnia chrześnica czyta j. polski, ale... ja po prostu tego nie ćwiczę, nie czytam, chyba że przypadkiem - przykładam się do rozumienia ze słuchu, to jest mój cel na ten rok.


Tak czy inaczej każde nowe słowo sprawia radość, bo fajnie jest wiedzieć, fajnie jest rozumieć, fajnie jest obserwować, jak pewne rzeczy wreszcie zapisują się w mózgu. Cieszę się, że mam ten koreański, bo mam o czym myśleć, mam do czego dążyć, mam się jak rozwijać. Pamiętam te miesiące, gdy nie wiedziałem co ze sobą zrobić, gdy jedynie chodziłem i wracałem z pracy, stojąc w miejscu. Dzięki nauce czuję, że idę naprzód, co zmniejsza moje poczucie marnowania życia. Byle do przodu! (Boże, jaki optymistyczny text - zupełnie nie  w moim stylu):




powiedzaaaaa, piątek, 17 marca 2017

 
 
 

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie
Muszę zapamiętać:

Jeśli czujesz się samotny, jedź spotkać się z rodziną - szybko najdzie cię ochota na bycie samotnym. powiedzaaaaa, poniedziałek, 1...

 
 
 

Comments


© 2023 by Make Some Noise.

Proudly created with Wix.com

Subskrybuj, jeśli masz nudne życie

albo lubisz czytać o jeszcze bardziej nudnym

Zajebiście, udało ci się...

bottom of page