Szalenie nudna historia
- powiedzaaaaa
- 27 kwi 2019
- 2 minut(y) czytania
Jakieś 2 lata temu miałem staż w urzędzie miasta. Robota moja polegała głównie na robieniu xera i prowadzeniu dziennika korespondencyjnego. Było przy tym dużo opierdalania się, dlatego w późniejszych listach motywacyjnych mogłem pisać, iż "zapoznałem się z charakterem pracy biurowej". Ale anyway, prowadzenie wspomnianego dziennika, zwane dumnie prowadzeniem kancelarii, polegało w znacznej mierze na noszeniu naczelnikowi korespondencji, którą - drogą naturalnej spychologii - naczelnik dekretował, tj. przekazywał do roboty podwładnym mu kierownikom, którzy z kolei spychali ów robotę na szeregowych, bo im wyżej siedzisz, tym mniej robisz. Wracając do naczelnika - szefa nigdy nie było na miejscu. Wpadał do roboty na godzinkę dziennie, podpisywał owe pisemka i znikał. Każdy go za to lubił, bo wiadomo - kota nie ma, koniom lżej. Poza tym, bardzo miły człowiek z niego był. Przyszły wybory, rotacja i zmiana stołków, tzn. miejscowi koledzy pozamieniali się wydziałami - teraz ja będę szefem u ciebie, a ty u mnie. Szef miał od nowego roku zmienić barwy. Przyszła urzędowa wigilia, zaś po niej naczelnik zabrał swych najbliższych współpracowników (czyli również mnie) do pubu, celem małego pożegnanka z klasą. Jednym z zaproszonych był wówczas również bliski znajomy szefa, przyjaciel z lat studiów - ówczesny sekretarz urzędu miasta. On też wygłosił toast. Panowie zapewne mieli na studiach retorykę, gdyż toast naprawdę zrobił na mnie wrażenie. Odpowiednio dobrane słowa, wypowiedziane w odpowiedni sposób, z odpowiednim tonem i powagą, okraszone subtelnym żartem i strzałem w brzuch z pistoletów. Przez chwilę poczułem się jak na jakimś stopniu prezydenckim - w końcu do tej pory jedyne toasty, jakie słyszałem, brzmiały: "No, proszę!" i "To na drugą nóżkę!".
Tak, od tych dwóch panów biło klasą - byli jakby wyżej od nas, parobków po 1000 zł na rękę i tych moich paru stówek.
Kilka dni po tym zdarzeniu mój staż dobiegł końca, zaś po paru tygodniach lokalna prasa pokazała zdjęcia obu panów z czarnymi paskami na wysokości oczu.
http://www.zyciepabianic.pl/wydarzenia/miasto/nasze-sprawy/przyznali-sie-do-winy.html
A taaacy mili ludzie, taaacy uprzejmi i z klaaasą. W tych okolicznościach, wspomniany wieczorek zdał się mafijną imprezą z Pershingiem i Dziadem. Koniec końców, każdy spadł na 4 łapy - w końcu, od czego się ma kolegów?
powiedzaaaaa, środa, 18 lipca 2012
Comentarios