Ludzie bezdomni
- powiedzaaaaa
- 27 kwi 2019
- 2 minut(y) czytania
Był dzień. Tak zwykły, że nie zasługiwał nawet na miano deszczowego, choć fakt, padało trochę. Był też on. Sortował listy jak co dzień i jak co dzień dostrzegał wśród nich całą masę źle zaadresowanych - z niedokładnym adresem, ze złą miejscowością, ze złym numerem, z brakiem ulicy, z brakiem czegokolwiek prócz nazwiska. Mimo to wiedział wszystko. Wiedział o jakiego Stanisława chodzi i że nie mieszka on na ul. Parkowej 14 tylko na ul. Łąkowej 4 w sąsiedniej miejscowości. Wiedział to. Wiedział to, ale coś w nim pękło. Może z braku perspektyw, może ze zła kipiącego we krwi, jak coś co kipi we krwi. Postanowił położyć kres szerzącej się wszem i wobec głupocie. - Ile można? - pomyślał. - Ile można myśleć za innych?! Ile można pomagać debilom, którym nie chce się choćby wskazać adresu zamieszkania swych chuja wartych ciotek, kuzynów i reszty bydła?! Po głowie latały mu twarze rewolucjonistów i głośne ich zdania o zmianie świata na lepsze. O walce, trudzie i poświęceniu. Wiedział, że to nie Indie, wiedział że to nie Alabama i bierny opór nic tu nie pomoże. Stojąc bezczynnie, mógł skończyć co najwyżej jak Chrystus umęczony i pogrzebany pod stertą przesyłek. - Muszę walczyć - pomyślał. Dotknął kilkuset listów, a spośród nich wybrał kilkadziesiąt kartek wielkanocnych z błędnie wypełnionym polem adresowym. Wziął je do samochodu i wiózł kilka godzin upchnięte w schowku na rękawiczki, których w nim nigdy nie trzymał. - Czego? - No rękawiczek w schowku, kurwa! - odpowiedział sam sobie, karcąc się za błędy stylistyczne. Skończył pracę i przywiózł listy do domu. Wziął zapałki, podszedł do kominka i ułożył w nim stos ze świątecznych kartek. Podobizny Chrystusa i Matki Boskiej, wyklejane cekinami mieszały się z ryjami kurczaków, tworząc typową religijną tandetę. Rzucił zapałkę. - Co ty robisz ?! - krzyknęła jego matka. - Palę listy - odpowiedział rozbrajająco. - Dlaczego? - Bo nie mają poprawnych adresów. - Ale wiesz, do kogo są? - Wiem. - To je doręcz! Święta są! Bądź człowiekiem! - Nie mogę! - wybuchnął - Trzeba oduczyć ludzi złych nawyków. Nie można przyzwalać na zło. Płomień zajmował aryjskie rysy żydowskiej rodziny, a on chodził z miejsca na miejsce, gestykulując żywo. - Ty myślisz, że ja czynię zło? Otóż nie! Ja czynię dobro. Ja zmieniam świat, ja dbam o resztę, której zależy, o resztę która jest lepsza. Resztę, która zasługuje na moje poświęcenie. Czemu żal ci tych śmieci? Czemu żal ci tych półmózgów, którzy marnują mój czas, a swe pieniądze wysyłając byle co, byle jak i byle gdzie. Czy świat potrzebuje byle kogo? Nie, nie potrzebuje! - Co ty pierdolisz? - spytała go przerażona matka. - Ty nic nie rozumiesz. Jestem odpowiedzialny przed moim duchem, który we mnie woła: „nie pozwalam!”. Jeżeli tego nie zrobię ja, listonosz, to któż to uczyni? Muszę to oddać, com wziął. Ten dług przeklęty… Nie mogę mieć ani ojca, ani matki, ani żony, ani jednej rzeczy, którą bym przycisnął do serca z miłością, dopóki z oblicza ziemi nie znikną te źle zaadresowane listy!
powiedzaaaaa, środa, 04 kwietnia 2012
Comentarios