Praha. Wpis drogi
- powiedzaaaaa
- 27 kwi 2019
- 4 minut(y) czytania
Miałem zacząć tym, że od 4 dni nie trzepałem, ale przed chwilą rozwiązałem ten problem, więc może przejdę do sedna - długi weekend spędziłem w Pradze. Tej czeskiej, nie warszawskiej - jeździ ktoś do tej drugiej na urlop?
Podróż do:
Bez większych atrakcji. Wpierw z centrum na Wrocław, później na Kudowę, a dalej na Prahę. Razem ponad 500 km. Obwodnica Wrocławia wygląda imponująco - nowiuśka, dobry asfalt, 3 pasy, można grzać, a do tego zajebiste ekrany po bokach. No i widok na jeden z 4 stadionów ME, stadion Śląska Wrocław, tuż przy obwodnicy. Plus za to. Ogólnie stan polskich dróg aż do granicy z Czechami dobry - kilka zwężeń, ale z ruchem dwustronnym, więc nie ma tragedii. Wkurwiają za to najbardziej światła kierowców jadących za tobą, odbite w górnym i bocznym lusterku, napierdalające cię w nocy po oczach. Po przekroczeniu granicy standardowo koncert komórek i informacje o roamingach i inne gównach. Na stacje po winietę. 310 koron - zdrożało. Expedientki sklepowe to zawsze pierwszy kontakt z obcym językiem - nie przepadam za czeskim świergoleniem. Drażni mnie nieco to przeciąganie końcówek każdego zdania, jakby byli o wszystko zdziwieni. Poza tym, Czesi mają o wiele mniejsze znaki drogowe, ale nie wiem po co to mówię. Do samej Pragi prowadzi autostrada z licznymi zjazdami, na których to zjazdach zawsze się kurwa zgubię. Wyglądaliśmy upragnionego zjazdu na Smichov, ale takowy się nie pojawił, dzięki czemu najebaliśmy tylko kilometrów w stronę Brna i zabawa się zaczęła. Nie wiem, oni chyba wiedzą, że przyjeżdżam i wtedy chowają te tablice informacyjne. Ale raczej jestem idiotą. Autostrady są zajebiste, jeśli człowiek wie dokładnie którędy ma jechać - ja zawsze wiem, a w praktyce nigdy nie trafiam. Nienawidzę błądzić - człowiek musi zjechać, ale nie ma gdzie, a nawet jak zjedzie, to nie wie co dalej i musi dzownić do brata. Kiedy ja wreszcie kupię GPS'a, kurwa jego mać? Koniec był zatem taki jak zwykle - zamiast przyjechać na Pragę 6, o godzinie 4 w nocy wylądowałem w Pradze 4, na ul. 5 kwietnia, pod numerem 72, a przed sobą miałem obce, ogromne miasto - z siatką ulic jednokierunkowych, pokręconą jak peruka prostytutki.
Praha.
Tak jak Guinness jest "a beatufil looking beer", tak Praga jest "a beautiful looking city". Kupa starych, ale zadbanych budynków poukładana misternie na górzystym terenie, do tego Wełtawa i mosty, bo każde szanujące się miasto musi posiadać potężną rzekę w jego sercu. Ogółem zatem obraz dokładnie odwrotny do Łodzi, czyli kupy starych, zniszczonych kamienic na ziemi płaskiej jak klapa od sedesu, gdzie nawet rzeki nie chcą płynąć. W końcu dlaczego w "Komisarzu Alexie" w kółko pokazują jedynie Piotrkowską i Manufakturę? W Pradze byłem już kilkakrotnie i zdania nie zmieniam, że to zajebiste miasto. I to tyle o nim, bo nie jestem przewodnikiem turystycznym. Piwo kosztuje koło 18 kc, czyli tyle samo, co w Polsce - koło 3 zł. Nie wiem, może ten mit taniego piwa powstał gdzieś poza Pragą. Tak czy inaczej, ja nie jestem fascynatem czeskich piw, bo jak dla mnie są one zbyt słabe - max 4 %. Nic zatem dziwnego, że statystyczny Czech wypija więcej piwa rocznie od Polaka - przecież żeby się nimi najebać trzeba wypić 2 razy więcej. W innym przeliczeniu benzyna jest droższa niż w Warszawie, a zarobki porównywalne. No ale przeliczenia są chujowe, więc możecie dalej płakać, że wam jest najgorzej i wszystko macie najdroższe. No, a poza tym Czesi dostali w dupę 1:4, a Ruskich nikt nie lubi i obstawiam, że we wtorek dostaną w stolicy wpierdal, ale dopiero poza boiskiem. A, jeszcze jedno - knedliki są jak stare pampuchy (tj. kluski na parze) - gliniaste, znaczy się. Lepiej zajebać sobie bramboraka z mięchem albo kurzecinę z hranolkama. A wyjazdy na 2 czy 3 dni są chujowe, bo ledwo się człowiek rozpakuje, a tu już pić nie może, bo trza w auto wsiadać i spieprzać do domu.
Powrót z:
Wpierw przez tunele, a za nimi na Hradec Kralowe - nie zmieniajcie pasa, niech was zepchnie w lewo, bo inaczej czeka was kilkadziesiąt kilosów na marne. W TV mówili o 120 patrolach w okolicach granicy polsko-czeskiej. Ja przez całą drogę nie spotkałem ani jednego, ale może wychodzą tylko na mecze. Ledwo zrobiliśmy w Polsce postój na szambo i chlanie, a od razu kraj nas przywitał stałym obrazkiem - podchodzi żul, pyta o fajki, na piwo zbiera i dodatkowo raczy nas swą szalenie ciekawą opinią o ME i grze polskiej reprezentacji (że wszystko chujowe), wtrącając co chwila dygresje do kolegi nieopodal: "te, kurwa, ci pierdolnę chuju...", itp. Kiedy Czeszka mi mówi, że nigdy nie słyszała, żeby którykolwiek z jej znajomych dostał kiedyś po ryju, to zaczynam się śmiać, bo ja nie znam żadnego Polaka, który choć raz w życiu po swym ryju by nie dostał. Anyway, znowu obwodnica Wrocławia, trochę deszczu i... kontrolka paliwa. Wiecie co się dzieje, gdy ja na gwałt potrzebuję paliwa? Nagle przez kilkadziesiąt kilometrów nie ma żadnej stacji. A jak jest, to nieczynna. A jak jest druga, to mają tylko gaz. A jak trzecia jest czynna i człowiek łapie za pistolet, to wacha nie leci, bo stacja ma akurat rozliczenie dobowe i trzeba poczekać do godziny 24. Tak czy inaczej, podróż zajęłaby 6,5 h, gdyby nie postoje niezbędne dla spokoju ducha pewnej 2-latki, która - co wypada jej oddać - trudy podróży w foteliku zniosła mężnie, za co jej chwała i kozioł ofiarny do stóp.
Bilans: Jedno upomnienie od strażnika porządku. Przejechane ponad 1000 km. Wypite raptem 7 piw. Kupione raptem 10. A jutro do kołchozu.
powiedzaaaaa, niedziela, 10 czerwca 2012
Comments