Wielka Trójka: współczucie, litość i sumienie
- powiedzaaaaa
- 27 kwi 2019
- 2 minut(y) czytania
Nie lubię miękkich i miałkich uczuć. Nie lubię ich zapewne dlatego, że z natury jestem miękki. To pewnie mechanizm projekcji (cech własnych u innych osób), albo i nie. Jak Hitler, który nienawidził Żydów za ich słabość/uległość, której to słabości pewnie nienawidził w sobie, bo miał pedanteryjną matkę, co mu kibel kazała w nieskazitelnej czystości utrzymywać - taka moja teoria. Rzecz jasna, Hitler nie lubił również Żydów za kontrolę nad światem, ale to szczegół. Wracając: nie lubię współczucia i litości. Nie lubię, co nie oznacza, że jestem się ich w stanie wyzbyć - jeszcze trochę mi brakuje do zupełnego wyprania z uczuć.
Egzorcyzmy czas rozpocząć:
Współczucie jest dla starych bab, które oglądają "Uwagę" o chłopczyku chorym na białaczkę i mówią "biedny chłopiec". Dla bab, które dwa dni później oglądają "Interwencję" o biednych lokatorach rozlatującej się łódzkiej kamienicy i mówią "biedni ludzie". I nic z tego ich pierdolenia nie wynika - to właśnie współczucie.
Litość jest nieco bardziej efektywna, bo z reguły idzie za nią jakiś konkretny czyn. Parę miesięcy temu u l i t o w a ł e m się nad biedakiem, który gotów był przede mną kleknąć i błagać o pieniądze (jego słowa). Dałem mu ze 2 złote raptem - przedłuży sobie życie o parę godzin. Nie lubię się litować, bowiem litość jednej osoby oznacza zysk drugiej, a ta druga z reguły nie zasługuje na pomoc. Bo człowiek jest kowalem swego losu i jeśli nie potrafi zamocować sobie szafki w łazience, to musi się tej czynności nauczyć, a nie liczyć na litość sąsiada. Zamocowanie szafki to nie budowa promu kosmicznego, tylko dwa wkręty. Liczenie na litość innych to egoizm - za takie wykorzystywanie czyjejś dobroci powinno się obcinać kończyny. A jeśli ktoś ma 40 lat i musi błagać kogoś dwa razy młodszego o 2 złote, to nie budzi we mnie współczucia, tylko wkurwienie własną niezaradnością. Do tego nachalnie przypomina mi o tym, jaki to świat jest chujowy, a ja chciałbym choć na chwilę o tym nie myśleć. "Biedny człowiek", prawda?
Wiem, jestem skurwielem bez sumienia. Niestety - posiadam sumienie, choć usilnie staram się go pozbyć, gdyż ciąży ono człowiekowi niczym fortepian u nogi. "Sumienie to żydowski wynalazek", jak to ujął Hitler. Nie czytałem jeszcze "Mein Kampf", ale zapewne chodziło mu o chrześcijaństwo oraz jego pojęcia grzechu, dobra i zła. Chrześcijaństwo polega bowiem w dużej mierze na wmawianiu człowiekowi poczucia winy. Człowiek jakoby rodzi się już grzesznikiem, a później ma przed sobą tysiące zakazów, za których złamanie ma czuć wyrzuty sumienia. I w teorii tak to ma działać: zakaz > grzech > wyrzuty sumienia > rozgrzeszenie > robienie tego, co chcą. W miarę sensowny mechanizm zmiany świata na lepsze, choć przecież grzechy się już nieco zdezaktualizowały od czasu, gdy asceza była trendy. Wracając do sumienia. Hitler gardził chrześcijaństwem, a zatem negował pewnie w ogóle istnienie czegoś takiego jak grzech. Co za tym idzie - odrzucał również wyrzuty sumienia, tj. karę za grzech.
"Trzeba przyznać, panie kolego", że kwestię sumienia Adolf (albo ja) rozegrał ciekawie. Nie oznacza to jednak oczywiście, że popieram jego mało elegancki plan podboju świata. Ja to rozgrywam inaczej.
powiedzaaaaa, piątek, 16 marca 2012
Comments