Z rejonu: Starzy ludzie, cz. 4
- powiedzaaaaa
- 27 kwi 2019
- 2 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 25 paź 2020
40-letni syn prowadzi mnie do swej matki. Idziemy ścieżką za domem, mijamy krzewy, dochodzimy do tylnego wejścia, gdzie osobny żywot wiedzie rodzicielka. Syf. Syn puszcza mnie przodem. Wchodzę na werandę. Mocz. Śmierdzi moczem. Norma. Wiek: XXI, kraj: Polska - w wielu domach ludzie wciąż nie mają łazienek, więc stawiają gdzieś na werandzie wiadro, szczają do niego, a później wylewają szczyny na podwórko - zapach zostaje. Poza tym syf - stare szafki, które żal było wywalić stoją dziś na werandzie, na nich gazety położone tam lata temu, nakrętki po słoikach, zniszczone buty, martwe muchy, stare firanki, szyby sklejone taśmą. Wchodzę na przedpokój. Mocz. Dalej śmierdzi moczem. Myślę sobie, że gdzieś ten smród musi w końcu ustąpić, więc mijam resztę szafek i tapety sprzed kilku dekad. W korytarzu spotyka mnie emerytka, w szlafroku, z oczami schowanymi wgłębi zmarszczek i włosami tłustymi od łoju. Wchodzimy do dużego pokoju. Mocz. Dalej śmierdzi moczem, tylko mocniej. Trafiliśmy do źródła smrodu. Jebie potwornie, że oddychać nie idzie. Okna szczelnie pozamykane i nie otwierane zapewne nigdy, by nie ziębić mieszkania. Na ścianie Chrystus w typowo PRL-owskim obrazie odchylonym górą od ściany, by móc lepiej spoglądać na swe wierne brudasy. Na lewo łóżko, pościel odkryta, na prawo stół z typowo polską, sztuczną, niegdyś białą ceratą w kolorową kratę. Dzwonią z poczty - odrzucam. Mocz. Staram się łapać pół oddechy, ale mało to daje - każdy wdech przyprawia o mdłości. Emerytka rzuca żart, ja udaję że całkiem zabawny i w tej chwili jesteśmy serialowi - kulturalny smal talk międzypokoleniowy. Syn zapala fajkę i zaczyna dmuchać na pokój. Czuć już tylko dym z papierosa - wreszcie można oddychać pełną piersią. Dzwonią z poczty - odrzucam. Wypłacam emeryturę. 200, 300, 400, przenoszę ciężar ciała z jednej nogi na drugą i czuję jakby mi coś pod nimi chlupało. Tak dziwnie miękko... i to dziwne syczenie... Ile było? 500, 600... Zamiast skupić uwagę na kasie, łączę w głowie fakty i wynika mi z nich, że dywan musi być nasiąknięty szczochami kobity, która jak wielu starców zapewne nie trzyma moczu i robi pod siebie. Muszę stać w jej moczu. Dzwoni telefon, dziękuję, do widzenia, odbieram telefon i opuszczam mieszkanie, jednak wychodząc rzucam wzrokiem na dywan, by sprawdzić czy nie było tam aby mokrej plamy. Cały dywan jest brudny i poprzebarwiany, więc trudno ocenić. Idę dalej, na spotkanie z kolejnym człowiekiem. Później jestem "u cioci, na imieninach", pijemy polską wódkę, jemy polski chleb i dla ubawu wszystkich opowiadam zgromadzonym historie jak to wczoraj stałem w czyichś szczynach, po środku pokoju. Wpierw się śmieją, później już nie.
powiedzaaaaa, wtorek, 11 listopada 2014
Comments